Można było porozmawiać z Filipem Springerem

Reportażysta i fotograf Filip Springer gościł we wtorek 4 kwietnia 2017 roku w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Chojnicach. Spotkanie zorganizowane zostało w ramach programu Dyskusyjnych Klubów Książki i dofinansowane ze środków Instytutu Książki.

Do Wypożyczalni Literatury Pięknej i Popularnej dla Dorosłych przyszło liczne grono czytelników, których zainteresowała tematyka książek gościa. Obecne były także członkinie Dyskusyjnego Klubu Książki dla dorosłych działającego przy MBP w Chojnicach. Rozmowę z gościem prowadziła Beata Królicka.

Pierwszą omawianą książką było „Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast”, które opisuje dawne polskie miasta wojewódzkie. Jak mówił Filip Springer, urodził się w Poznaniu, więc reforma administracyjna w 1999 roku go nie dotyczyła. Przyznał, że planując reportaże o mniejszych polskich miastach, zastanawiał się, jaki klucz dobrać przy ich wyborze. Uznał, że najlepszym będzie status miasta wojewódzkiego między reformami administracyjnymi z 1975 i 1999 roku. Jak mówił, w 1975 niektóre małe miasta stały się wojewódzkimi i było to dla nich wielkim awansem. Po kolejnej reformie administracyjnej podupadły właśnie te, które nigdy nie były silnymi ośrodkami regionalnym. Zapytany o historie miast, które nie znalazły się w „Archipelagu” przyznał, że nie po to ich nie zamieścił, żeby je przytaczać, jednak potem przyznał, że te, które po prostu nie zmieściły się w książce ukazały się w „Dużym Formacie” „Gazety Wyborczej”.

Filip Springer mówił też o pracy reportażysty, o tym jak głęboko reporter może opisać historię konkretnej osoby pojawiającej się w reportażu. Wspomniał tu o przeżyciach Barbary Wójcik z „Miedzianki”. Nie opisał wszystkich, gdyż, jak podkreślił, tematem książki było to, dlaczego zniknęło całe miasto, a nie tematy poboczne. – Bo mnie bardziej intrygował ten kawałek łąki, który tam teraz jest – mówił o miejscu, w którym kiedyś była Miedzianka, górnicze miasto koło Jeleniej Góry. Wspomniał także o tematach, które są tzw. mięsem reporterskim i dzięki swojej sensacyjności są medialne i o tematach, które dotyczą mało spektakularnych spraw, z którymi ciężko się w mediach przebić. Stwierdził, że reportaż jest dla niego narzędziem dowiadywania się czegoś o świecie.

Było pytanie o to, skąd się wziął pomysł na „13 pięter”, książkę dotyczącą budownictwa mieszkaniowego w Polsce. Gość przyznał, że nastąpiło to w momencie, gdy uświadomił sobie, że w Polsce nie ma budownictwa czynszowego i ludzie zadłużają się na kilkadziesiąt lat, żeby kupić mieszkanie własnościowe. Inaczej jest np. w Berlinie, gdzie 85 proc. mieszkańców wynajmuje mieszkanie. Wspomniał też o wpływie reklam mieszkań deweloperskich na świadomość młodych Polaków, o czym pisał w tym reportażu. Wpoiły one dwudziestokilkulatkom, że o ich dorosłości świadczy dopiero zaciągnięty kredyt na mieszkanie.

Filip Springer odpowiadał też na pytania czytelników. W tym o to, jak to się stało, że zaczął pisać reportaże i dlaczego w jego książkach często pojawia się architektura. Jak mówił, zaczął pracować jako fotograf, ale bardzo lubi pisać i w tej formie lepiej się czuje. Jeśli chodzi o architekturę, to gdy zamieszkał w blokowisku w Poznaniu i nie czuł się tam dobrze, zauważył psychologiczne oddziaływanie architektury i spojrzał na nią jak na nośnik opowieści. Było też pytanie o to, co mu się w Chojnicach podoba. Reportażysta odpowiedział, że nie zna naszego miasta, poznał tylko drogę z dworca do biblioteki, więc nie może się wypowiedzieć. Podpytywano także o „Wannę z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni” i historie obiektów w niej opisanych. Filip Springer przytoczył ciekawostki związane z Venecia Palace pod Warszawą. Mówiąc o wyglądzie polskich miast, zarzucił większości Polaków brak gustu i kultury wizualnej. Omawiając „Księgę zachwytów”, przyznał, że powstała przy okazji pisania do „Gazety Wyborczej” cyklu artykułów tym razem wychwalających niektóre przykłady polskiej architektury. W trakcie spotkania czytelnicy pytali o prace nad „Miedzianką”. – Piękna książka – podkreślił jeden z panów, który przyznał, że był w tym mieście w latach 70., gdy zamieszkiwane było już głównie przez Romów.

Ciekawą rozmowę należało skończyć ze względu na późną godzinę, gdyż autor spieszył się na pociąg do Człuchowa, gdzie na drugi dzień miał także spotkanie z czytelnikami. Na zakończenie była jeszcze chwila na pamiątkowe wpisy do książek. Członkinie chojnickiego DKK skorzystały również z okazji do wspólnej fotografii z reportażystą.

Relacja ze spotkania dostępna jest na chojnice.tv

logo_dkk_duze